W Lyonie chciał wygryźć Coupeta, z Lazio zawiedli go obrońcy

Przenieśmy się na moment do roku 2003. Wisła Kraków w iście spartańskich warunkach podejmuje ekipę Lazio w meczu rewanżowym IV rundy Pucharu UEFA. Stawką rywalizacji jest awans do ćwierćfinału, czyli etapu praktycznie nieosiągalnego dla polskich drużyn. Krakowianie po remisie 3:3 w Rzymie, przystępują do tej konfrontacji z ogromnymi apetytami. Spotkanie zaczyna się najlepiej jak tylko może – już w czwartej minucie na listę strzelców wpisuje się bowiem Marcin Kuźba i Biała Gwiazda prowadzi 1:0. Radość niestety nie trwa długo. Niespełna kwadrans później złe zachowanie na przedpolu Angelo Huguesa wykorzystał Fernando Couto, pakując piłkę do siatki strzałem głową, doprowadzając tym samym do wyrównania. W drugiej połowie dzieła zniszczenia dopełnił przeklęty dla Wiślaków Enrico Chiesa (który strzelił również gola na 3:3 na Stade Olimpico) i finalnie to Rzymianie mogli się cieszyć z awansu do kolejnej fazy rozgrywek. Za jednego z głównych antybohaterów tego spotkania do dzisiaj uważany jest bramkarz Wisły, Angelo Hugues, który ewidentnie nie popisał się przy obu bramkach zdobytych przez Lazio. Jak po latach wspomina ten pojedynek? Czy ma sobie coś do zarzucenia? Odpowiedzi na te i inne pytania, poznacie w poniższym wywiadzie z francuskim bramkarzem, który w sezonie 2002/2003 sięgnął z Wisłą po Mistrzostwo Polski.

Co słychać dzisiaj u Angelo Hugusesa? Czym się zajmujesz po zawieszeniu butów na kołku?

Chwilę po tym jak przestałem grać w piłkę założyłem swoją działalność w branży budowlanej. Od kilku lat pracuję jednak w firmie transportowej nieopodal Dunkierki.

Nie tęsknisz za piłką?

Nie, swoje już osiągnąłem, oddałem miejsce młodszym! Lubię jeździć i podróżować, więc praca w transporcie mi odpowiada. Szczerze mówiąc ostatnio mało interesuje się tym, co dzieje się w piłce. Jestem tym już trochę zmęczony. Lubię za to pograć w tenisa, to moja jedyna forma aktywności w ostatnim czasie.

Jak wspominasz swoje początki w futbolu? Karierę rozpocząłeś w Dunkerque jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych.

W tamtych czasach na północy Francji oprócz Lille i Lens, jednym z mocniejszych klubów był USL Dunkerque. Mając 17 lat odbyłem tam pierwszy trening i miałem szczęście, że trafiłem na wyśmienitego fachowca jakim był Alex Dupont. Nie grałem zbyt wielu lat w tej drużynie podczas mojej kariery seniorskiej, jednak klub ten był trampoliną dla mojej dalszej kariery. Przeżyłem piękne lata w drużynach juniorskich oraz w kadrze narodowej. To wspaniałe wspomnienia, o których nigdy nie zapomnę.

Z Dunkerque szybko przeniosłeś się do Monaco, gdzie jednak nie miałeś zbyt wielu okazji do gry.

W tamtych czasach dużo ludzi o mnie usłyszało. Byłem młody i szybko podpisałem kontrakt z profesjonalnym zespołem. Monaco zauważyło mnie podczas jednego z meczów juniorskiej reprezentacji i nie zastanawiałem się zbyt długo po otrzymaniu oferty z tak wielkiego klubu. Pobyt w Monaco nauczył mnie przede wszystkim cierpliwości, bowiem przez siedem lat, które tam spędziłem, faktycznie nie miałem zbyt wielu okazji do zaprezentowania swoich umiejętności.

Według statystyk rozegrałeś w tym okresie zaledwie jedenaście meczów.

Ciężko wywalczyć sobie miejsca w wyjściowej jedenastce, gdy walczysz o nie z takim fachowcem jak Jean-Luc Ettori. Początkowo, gdy trafiłem do klubu zmagał się z kontuzją, w czym upatrywałem swojej szansy. Życie potoczyło się jednak inaczej i po latach żałuję nieco decyzji o transferze do Monaco, choć nigdy nie zapomnę swojego debiutu w Division 1.

Podczas pobytu w Monaco miałeś jednak okazję trenować z gwiazdami światowego formatu. Który z nich wywarł na Tobie największe wrażenie?

W tamtej drużynie było wielu kapitalnych graczy, jak chociażby Petit czy Klinsmann. Największe wrażenie robił jednak na mnie George Weah, który nie dość, że był świetnym piłkarzem, to na dodatek super człowiekiem. Pamiętam, że na treningach niewielu śmiałków potrafiło wygrać z nim pojedynek główkowy!

W 1993 roku postanowiłeś jednak opuścić księstwo na rzecz Guingamp, gdzie spędziłeś, wydaje się, najlepsze lata swojej kariery.

Tak, choć początki były trudne. Przychodziłem przecież do drużyny, która spadła do National Ligi. Od początku mojego pobytu w klubie, czuć było jednak spore ambicje, by zmienić ten stan rzeczy. W pierwszym sezonie awansowaliśmy do Ligi D2, a później szybko udało się nam uzyskać promocje do najwyższej klasy rozgrywkowej. Z Guingamp mam wiele wspaniałych wspomnień, jak chociażby awans do półfinału Pucharu Ligi, czy gra w Pucharze UEFA, gdzie udało nam się m.in. zremisować z Interem na San Siro. W pewnym momencie miałem nawet myśli, by właśnie w tym klubie zakończyć karierę, ale podczas końcówki mojego pobytu tam wydarzyło się zbyt wiele złych rzeczy, o których nie chce mówić, które skłoniły mnie do zmiany tej decyzji.

Po opuszczeniu Guingamp i krótkim epizodzie w Lorient, trafiłeś nieoczekiwanie do Lyonu, gdzie pełniłeś funkcję rezerwowego bramkarza.

Takim klubom jak Olympique Lyon się nie odmawia. Lyon potrzebował doświadczonego bramkarza, którzy wesprze Gregory’ego Coupeta. Po tym jak trafiłem do klubu, liczyłem po cichu, że uda mi się go wygryźć. Ostatecznie mi się to nie udało, jednak w Lyonie była niesamowita atmosfera. Gra dla tak wielkiego klubu to czysta przyjemność.

Po rozwiązaniu kontraktu z Lyonem, trafiłeś na testy do Krakowa, na co spory wpływ miała kontuzja Artura Sarnata.

Znałem się wcześniej z trenerem Henrim Kasperczakiem, który cieszy się we Francji sporym szacunkiem. Przyjechałem latem na testy i zaprezentowałem się na tyle dobrze, że klub postanowił zaoferować mi półroczną umowę. Pamiętam, że dołączyłem do Wisły podczas jej zgrupowania we Francji, co też miało spory wpływ na moją decyzję, by spróbować swoich sił w zagranicznym klubie.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia po przyjeździe do Krakowa?

Kraków to piękne miasto, a wasz rynek jest najpiękniejszy na świecie! Szybko w Polsce się zaaklimatyzowałem, choć czasem warunki atmosferyczne w waszym kraju nie rozpieszczały, a murawa na niektórych stadionach również pozostawiała sporo do życzenia.

Który z ówczesnych zawodników Wisły wywarł na Tobie największe wrażenie?

Mieliśmy wtedy bardzo mocny zespół, w którym grało chyba sześciu lub siedmiu reprezentantów swoich krajów. Na treningach najwięcej szumu robił Kalu Uche, który choć był niepokorny, potrafił zrobić z piłka niemal wszystko co chciał. Ogólnie mieliśmy jednak bardzo mocną drużynę, zarówno pod względem technicznym, jak i fizycznym.

A jak wspominasz polskich kibiców?

Na stadionach panowała świetna atmosfera, niezależnie od tego czy graliśmy z Legią, czy słabszymi klubami. Polscy kibice, a w szczególności fani Wisły, są niesamowici! Pozdrów ich koniecznie ode mnie!

Kibice do dzisiaj traktują Cię jednak jako kozła ofiarnego dwumeczu z Lazio. Jak po latach wspominasz ten pojedynek?

Fani po porażkach zawsze muszą kogoś wybrać na celownik. W tym przypadku padło na mnie, choć uważam, że nie mogłem zbyt wiele zrobić przy straconych bramkach. Osobiście nie mam sobie nic do zarzucenia. Mimo upływu lat, nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie mają do mnie pretensje o to spotkanie. W decydujących momentach zabrakło po prostu komunikacji, a i obrońcy również się nie popisali.

To Ty jednak zrobiłeś najpierw kilka kroków do przodu, by przeciąć dośrodkowanie, po którym padł gol Couto, a później nieoczekiwanie się cofnąłeś.

Jasne, to prawda, nie powiem, że nie. Tyle tylko, że w takich sytuacjach bramkarz wychodząc do piłki daje sygnał obrońcom, że do niej rusza. Ja wówczas tego nie zrobiłem, co oznaczało, że liczę w tym aspekcie na moich kolegów z drużyny, którzy wtedy kompletnie stanęli. Wszystko działo się jednak bardzo szybko i mieliśmy niewiele czasu na reakcje. Zabrakło po prostu właściwej komunikacji, może przez barierę językową, jaka mnie dzieliła z obrońcami.

A jak skomentujesz sytuację, po której padł drugi gol dla Lazio?

Stałem na środku bramki i byłem nieco zasłonięty. Strzał Chiesy był dla mnie bardzo zaskakujący, nie spodziewałem się, że uderzy z pierwszej piłki. Strzelił jednak bardzo precyzyjnie, tuż koło słupka i uważam, że nie mogłem w tej sytuacji zrobić nic więcej.

Sporo osób miało wówczas do Ciebie pretensje, że nie próbowałeś interweniować.

Byłem totalnie zasłonięty i każdy bramkarz powie Ci to samo. Czasu na reakcje było zbyt mało, mogłem rzucić się w ciemno przed strzałem, ale co by to dało?

Po siedemnastu latach od tego meczu, czujesz jeszcze rozczarowanie, że nie udało się awansować dalej?

Oczywiście, to był ważny mecz dla nas i całej polskiej piłki. Z perspektywy czasu milej wspominam jednak bardziej udane mecze, takie jak z Parmą czy Schalke, których nigdy nie zapomnę. Byliśmy można powiedzieć anonimową drużyną z Polski, która potrafiła stawić czoło najlepszym. Na dodatek zawsze mogliśmy liczyć na wsparcie naszych kibiców, którzy swoim dopingiem porywali nas do jeszcze lepszej gry. Nigdy nie zapomnę dopingu fanów Wisły, byli niesamowici.

Po zakończeniu sezonu klub podjął decyzję o nieprzedłużaniu z Tobą kontraktu.

To nie było do końca tak, bowiem kontakt ze strony klubu był, jednak to ja po namysłach podjąłem decyzję o powrocie do ojczyzny. Miałem już swoje lata, skontaktowali się ze mną przedstawiciele Bastii i postanowiłem wrócić do Francji. W Wiśle spędziłem jednak wspaniały rok, a Kraków do dzisiaj jest w moim sercu.

Jeśli spodobał Ci się ten wywiad i chcesz być na bieżąco z kolejnymi, nowymi materiałami, zapraszam do polubienia mojego fanpage na Facebooku, gdzie znajdziesz na bieżąco wszystkie informacje dot. przyszłych rozmówców! Kliknij TUTAJ, aby zlajkować mój Fanpage!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *